11 stycznia 2019
22:25
Piotr Bąk
Podróż polskich skoczków do Predazzo z problemami

Stefan Hula, Jakub Wolny i Maciej Kot podczas dzisiejszych kwalifikacji w Predazzo nie zdołali osiągnąć punktu konstrukcyjnego obiektu Trampolino dal Ben, jednak nie przeszkodziło im to w pewnym awansie do jutrzejszego konkursu indywidualnego. Jak się okazało, po drodze do Doliny Płomieni reprezentanci Polski wraz ze sztabem szkoleniowym napotkali pewne problemy logistyczne.

Stefan Hula (29. miejsce, 118,5 metra):

- O tym, że pierwszy raz skaczę podczas PŚ w Predazzo, przypomniałem sobie podczas wywiadu do telewizji. Tutaj mamy trochę skoki w stylu retro, szczególnie jeśli chodzi o rozbieg. Dzisiaj na dojeździe do progu było lepiej z każdą próbą, podobnie z aspektami technicznymi. Trzeba walczyć o te dobre skoki. Staram się realizować polecenia trenera, konsekwentnie przenosić na swoje skoki. Wiadomo jednak, że nie jest to proste i nie da się tego zrobić ot tak.

- Dzisiaj miałem poprawić pewne sprawy związane z techniką, nad którymi nie będę się rozdrabniał. W pierwszym skoku popełniłem błąd, który trzeba było wyeliminować. Starałem się to zrobić, nawet aż do przesady. Kwalifikacyjna próba była już nieco lepsza. Ze skoku na skok pojawiało się coraz więcej pozytywów.

- Miniony Turniej Czterech Skoczni był męczący, lecz to inny rodzaj zmęczenia, niż przed rokiem. Wówczas zmagania układały się świetnie. Skakałem nieco częściej i musiałem być ciągle skoncentrowany w 100%. Oczywiście, teraz również musiałem się koncentrować, ale Turniej był ciężki ze względu na to, że nie szedł po mojej myśli. To nie jest prosta sytuacja, gdy nie wszystko wychodzi tak, jak się chce.

Maciej Kot (42. miejsce, 110 metrów):

- Moje skoki nie są optymalne. Cały czas nad nimi pracuję, dlatego ciężko spodziewać się, że będą stabilne w przypadku, gdy ciągle coś chcemy poprawić. Ogólnie dzień mogę zaliczyć na plus. Poszczególne próby nieco się od siebie różniły. Widać efekty mojej pracy. Mam dobre czucie. Wiem, co działo się na progu i na dojeździe. Pomaga to w porozumieniu się w trenerem i w obraniu dalszego kierunku. Plan, który obrałem na skok kwalifikacyjny miał przynieść lepszy efekt. Co prawda nie zrealizowałem go idealnie, lecz chyba nie w tym kierunku powinienem podążać. Wszystko to kwestia odpowiedniej analizy z trenerem. Wiemy, do czego mamy dojść, lecz prowadzą do tego różne drogi. Ostatecznie wszystko zależy od zawodnika. Najważniejsze jest to, że jutro czekają mnie kolejne skoki. Mam nadzieję, że trzy, bo moja dyspozycja na to pozwala. Trzeba o to walczyć.

- W tym momencie najistotniejszy jest dla mnie sam początek odbicia, pierwszy ruch. Bardzo trudno to, że tak powiem, "odnaleźć". Całe odbicie trwa około 0,2 sekundy. Jeśli to podzielimy na etapy, by znaleźć sam początek, to robi się naprawdę ciasno z czasem. Nie jest to łatwe, lecz ze skoku na skok powtarzam pewne schematy. W tym pomagają odpowiednie ćwiczenia, imitacje. Dążę do tego, by rozpoczęcie odbicia było jak najlepsze.

- Mamy wspólną wizję, jeśli chodzi o poprawę mojego lotu. Początek sezonu był trudny, bo wtedy straciłem odpowiednie czucie. Moje odczucie były zupełnie inne, niż trenerów. Od Engelbergu lot bardzo się poprawił. Skrzywienie nie było widoczne, lecz prosta sylwetka to nie wszystko. Jeśli wróciłbym do moich najlepszych skoków, to przekrzywienie zawsze było. Wystarczy popatrzeć na Ryoyu Kobayashiego. Po wyjściu z progu również często go wykrzywia, a mimo to jest w stanie wygrywać. To nie jest przeszkoda. Bardziej liczy się prędkość lotu. Delikatne skręcenie niekiedy może nawet pomóc. Ważne wówczas jest, by szybko wrócić do optymalnej pozycji, trzymając narty prosto i płasko. To stanowiło problem na początku sezonu. Praca wciąż trwa, ale w tym momencie można skupić się na innych rzeczach. Przy dobrym odbiciu istnieje możliwość walki o fajne rezultaty.

[reklama]

- W Predazzo jest bardzo fajnie. W trakcie Turnieju Czterech Skoczni na każdym obiekcie dostawaliśmy się na szczyt w nietypowy sposób – windą czy kolejką, które powodowały, że należało wyjść na skok sporo wcześniej. Można to nazwać atrakcją turystyczną, która niekoniecznie pomaga. Tutaj mamy "oldschoolowy" wyciąg krzesełkowy, który bardzo szybko wywozi nas na górę. Każdy wychodzi wtedy, kiedy chce – nie trzeba zaglądać, kiedy winda jedzie w dół. Do tego lodowy, naturalny rozbieg, jeden z niewielu w kalendarzu PŚ. To nie jest nowość, a raczej powrót do przeszłości. Na początku, po wielu skokach oddanych w torach sztucznie mrożonych, miałem dziwne odczucia. Pomimo to uważam, że to dobrze, iż czasami wracają skocznie nieco starsze, z innym profilem czy też naturalnymi torami. Przypominają się czasy dzieciństwa, gdy nikt nie myślał nawet o tym, by skakać w tak ładnych torach, wycinanych przez maszyny. Kiedyś układało się deski, które następnie zasypywało się śniegiem. Poprawiało się je następnie prostymi narzędziami jak np. siekiera lub łopatki. To miało swój klimat. Czasem warto wrócić do prostych rozwiązań, które się sprawdzają.

Jakub Wolny (31. miejsce, 117,5 metra):

- Wspomnienia z tego miejsca są dla mnie naprawdę przyjemne (Wolny zdobył w Predazzo indywidualne oraz drużynowe mistrzostwo świata juniorów w 2014 roku – przyp. red.). Miło było tu wrócić i oddawać dziś skoki. Szkoda, że nie nawiązałem nimi do wydarzeń z przeszłości. Nieco się dzisiaj męczyłem. Pozycja najazdowa była daleka od tej, jaką bym sobie życzył. Praktycznie w każdym skoku była inna, co stanowiło dziś największy problem. Przez to moje skoki na progu pod względem technicznym nie wyglądały tak, jak powinny.

- Skocznie wyglądają identycznie, jak 5 lat temu. Nie ma tutaj sztucznego najazdu, co jest fajne.

- Presja podczas Turnieju Czterech Skoczni mi nie towarzyszyła. To były dla mnie standardowe zawody, jednak rozgrywane nieco częściej, niż zwykle. Muszę podejść do kolejnego, jutrzejszego konkursu ze spokojem. Trzeba skoncentrować się na swoich celach, wtedy będzie ok.

23-latek skacze od niedawna w nowym kombinezonie. Czy skoczkowie potrzebują czasu na adaptację do nowego stroju, czy od pierwszego skoku nie stanowi on żadnych przeszkód? – Jeżeli kombinezon jest dobry, czuje się to od razu. Odczucia mogą być nieco inne, ale zależne są od tego, w jaki sposób uszyty jest nowy strój. Wszystkie kombinezony, które posiadamy, są bardzo dobre.

W czwartek, czyli dzień, w który planowo reprezentacja Polski miała dotrzeć do Włoch, okazało się, że nastąpiły pewne perturbacje związane z organizacją transportu. - Okazało się, że nasz lot do Wiednia został nieco przesunięty. Gdybyśmy mieli lecieć planowo, nie zdążylibyśmy przesiąść się do kolejnego samolotu, który miał lądować w Innsbrucku. Ostatecznie, udaliśmy się z Krakowa do Monachium, a stamtąd do Werony. Bilety udało się załatwić w pół godziny. Dotarliśmy na miejsce dopiero po godzinie 23 – przyznał bielszczanin.

Korespondencja z Predazzo, Dominik Formela